czwartek, 25 września 2014

Podróże kulinarne cz. 2

czwartek, 25 września 2014

Słoneczne Włochy-> kierunek Rzym zaliczony

Zdecydowanie to dopiero wstęp




Wróciłam, co oznajmiłam Wam ni z gruchy ni z pietruchy knedlami ze śliwką. Mam Wam tyle do opisania, ale ciągnąć się to będzie chyba latami, bo z moim dzieckiem, które przypomina za dnia wichurę nie mam czasu pisać, a wieczorem smaruję już nosem po klawiaturze. Ale stopniowo podzielę się z Wami tym wszystkim co przeżyłam. Zaczynamy!

Włochy od zawsze były moim marzeniem. Ci którzy zaglądają tu częściej wiedzą, że marudziłam o nich od samego początku powstania bloga, a kuchnia włoska jest zdecydowanie moją ulubioną, a teraz za nią szaleję co najmniej tak mocno, jak za moim przystojnym i gorącym jak słoneczny Rzym mężem. Ten oto mój wspaniały małżonek spełnił kolejne moje marzenie, zabierając mnie tam na wakacje, na całe 10 wspaniałych dni. Byliśmy tam naszą trójką... Tak, zabraliśmy na ten wyjazd 7 miesięczne niemowlę, które tak szybko dostosowało się do zaistniałej sytuacji, że zwiedziliśmy z nim praktycznie wszystko, co w 10 dni się dało. Nasz syn był idealny, miał rewelacyjny humor i szybko stał się zjawiskiem na ulicach Rzymu. Ludzie zatrzymywali się, całowali go po stópkach, dostawał zabawki, a on rozdawał uśmiechy na prawo i lewo, rozbawiając całe metro. Miało być o podróży, a ja, zakochana matka już o małym nawijam... Ale  poprawię się i zapraszam Was do zapoznania się z tym, co w Rzymie urzekło mnie najbardziej. Pozwolę sobie dziś wyjątkowo nie pisać o jedzeniu, ale obiecuję, że następny post już będzie jedzeniem przesiąknięty.

Włoski temperament... i uroda
Nasza 10 dniowa przygoda z Włochami odbyła się w Rzymie. Początkowo czułam się nieswojo, trochę dziko jak w Egipcie. Włosi rozbroili mnie temperamentem, nastawiałam się na to, ale nie wiedziałam, że to aż tak! Oni mają piekielnie gorący charakter. Są awanturniczy, głośni, drą się na siebie, z boku wygląda to na poważną awanturę, a pewnie obgadują kogoś namiętnie. Do tego są weseli, śmieszni, zabawni i kochają dzieci. Sprzedawcy zaczepiają cię na każdym roku ulicy, przechodzisz ulicą 10 razy, to oni zaczepią ciebie 15 razy. W restauracjach czułam się dziwnie, bo oto ja, dziewczyna, która całe życie mówi zdecydowanie za głośno wypada na tle Włochów bardzo blado. Oni krzyczą do siebie, wymachują pięściami i cała knajpa tętni życiem. Od samego początku nastawiałam się na ucztę również wzrokową, niestety w Rzymie jest bardzo zróżnicowana ludność, dużo Mulatów, Murzynów, Azjatów, Arabów, ciężko było wychwycić rasowego Włocha. Choć nie powiem w jednej z restauracji kelner wpadł mi zdecydowanie w oko, a mój mąż nie omieszkał mu o tym powiedzieć i ...dostałam wizytówkę ;p 

Włoska pogoda i plaża
We Włoszech trafiła nam wspaniała pogoda. Na 10 dni padało pół pierwszego dnia, potem słońca żar się z nieba lał. Z racji tego, że w Rzymie zdecydowanie było co oglądać, a na dodatek nasz syn woli czynny tryb życia, na plaży byliśmy tylko raz. Choć sama w to nie wierzę, bo kocham plażę, ale szkoda mi było czasu na opalanie, gdy wokół tyle wspaniałości. Wybraliśmy się do Ostii w pobliżu Rzymu. Plaża miała mnie rozczarować, tak wszędzie było napisane, ale mi się podobało. Pogoda była wspaniała, morze czyste i ciepłe, woda przejrzysta, muszli wkoło pełno. Jedynie piach na plaży czarny i mocno brudzący, nigdy się z czymś takim nie spotkałam, dodam, że w wodzie piasek złoty!?!?!? Jeszcze jednej rzeczy nie mogłam tam zrozumieć: dlaczego w ciepłych i przejrzystych wodach morza Tyrreńskiego kąpałam się sama, mimo pełnych plaż??? Poniżej włoska orka Daria przesyła gorące pozdrowienia specjalnie dla czytelników ,,Gotowanie z miłości":



Moda i zakupy
Jak każda rasowa kobieta odwiedziłam centrum handlowe, a mój kochany mąż, jak na kochanego męża przystało, nie protestował. Protestował za to wyjątkowo mój syn, który miał wyjątkowo upierdliwy nastrój. W centrum handlowym byłam bardzo zawiedziona, moda dziwna, kolorowo, a do tego cekiny i koronki. Wieś śpiewa i tańczy. Raptem znalazłam jeden sklep z ciekawymi ubraniami dla kobiet. Jedna sukienka i dwa sweterki poprawiły mi trochę humor, a do tego znaczne przeceny w sklepach sportowych. Obkupiłam syna na zimę, bo na wybór ubrań dla chłopców nie można było narzekać, nie to co w Polsce (dwa wieszaki chłopiec, cały sklep dziewczynka), a i ceny też atrakcyjne. Po zakupach czułam, że coś musi być nie tak, przecież włoska moda uważana jest za jedną z najlepszych, włosi słyną chociażby z wspaniałych torebek i butów ze skóry. Oczywiście najlepsze sklepy znajdowały się w samym centrum, czyli w pobliżu Piazza di Spagna. Pomijam oczywiście najdroższą ulicę zakupową, czyli Via del Condotti, gdzie butiki mają najdroższe marki świata. Na ulicy Via del Corso i w uliczkach odchodzących od niej znajdowały się, obok sieciówek, naprawdę oryginalne i ciekawe sklepy i zdecydowanie znalazłam coś dla siebie.




Włoskie śmieci
Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o tym, co zszokowało mnie bardzo. Większość z Was zauważyła, a już zwłaszcza mój szanowny małżonek, że moje życie dąży do perfekcji, ładu i porządku, co od momentu posiadania niemowlaka oddala się ode mnie coraz dalej. We Włoszech przeżyłam szok, śmieci na ulicach, śmieci przy najważniejszych zabytkach, wielkie śmietniki przy urokliwych knajpkach, wory ze śmieciami wszędzie. Panuje tam totalny chaos i syf, najdziwniejsze jest to, że nikomu to nie przeszkadza, a restauracje, nawet te z widokiem na śmietniki są przepełnione. I nawet, a może zwłaszcza, idący ulicą rodowity Włoch potrafi gwizdnąć pod płot pustą butelkę po napoju.

Włoskie uliczki
Wąskie, romantyczne i zabytkowe uliczki Rzymu utkwiły mi w pamięci na zawsze. Do tego zatłoczone, tętniące życiem, z powystawianymi stolikami z restauracji i zawalone motorami, rowerami i często samochodami. Co kawałek fontanny, ogrody na dachach budynków i ukwiecone balkony. W dzień tętniące ruchem ulicznym, w nocy tętniące restauracjami i muzyką na żywo. Do tego artyści malujący swoje obrazy i faceci sprzedający jakieś pierdołowate latające świecidełka i lasery, których już za jakiś czas będę szczęśliwą posiadaczką, bo mój synek na pewno sobie coś takiego zażyczy. To pierwsze i ostatnie wakacje, na których takie atrakcje przechodziły mi koło nosa. Zakochaliśmy się najbardziej w rzymskiej dzielnicy Zatybrze (Trastavere), gdzie znajduje się dzielnica mieszkalna Włochów, gdzie restauracje są 3 razy tańsze niż w centrum, a jedzenie dużo lepsze. Chodząc ulicami Zatybrza wisi Ci pranie nad głową i przede wszystkim chodzisz swobodniej, bo turystów tu zdecydowanie mniej.









Ruch uliczny
O ja pierdziele! Od innych słów nie dało się zacząć tego aspektu Włoch, no może i by się dało, ale brzmiało by wulgarniej... Słownictwo zdecydowanie nie na bloga. Włosi jeżdżą jak im się podoba. Jest szeroka ulica, więc jak się zmieścisz to tworzysz sobie kolejny pas. Sygnalizacja dla pieszych mnie rozwala, najpierw krótkie mignięcie zielonego światła, potem długo palące się pomarańczowe. Jak trafisz na to pomarańczowe, to nie wiesz, czy się dopiero zapaliło i iść, czy zaraz zgaśnie i zapali się czerwone i należy stać, ruszający Włosi zmiotą Cię z ulicy z impetem. A ja pośród tego wszystkiego przechodziłam slalomem z wózkiem i po dwóch dniach czułam się na tej ulicy, pomiędzy autami jak rodowita Włoszka. Oczywiście absurdów we Włoszech też pełno:


Rzymskie zabytki
Doszliśmy do aspektu, którego się nie da opisać, a na pewno słowami będzie ciężko. To po prostu trzeba zobaczyć i przeżyć na żywo, bo nawet najlepszy pisarz świata, słowami nie oddałby co się tam dzieje. W centrum zabytkowe jest wszystko, centrum to jeden wielki zabytek. Gdzie nie poszliśmy, 
w jaką uliczkę byśmy nie weszli, to zawsze zwieńczona ona była placem, czyli tzw. Piazza, a na nim fontanny, kościoły i jeszcze raz fontanny, nieraz 3 na jednym placu, a jak nie fontanna to przynajmniej jakiś kilkumetrowy obelisk. Aparat pękał mi w szwach, a ja biegałam  jak szalona i nie wiedziałam na czym skupić wzroku. W pewnym momencie już mnie głowa bolała od tego dobrobytu:


Wszystkich zabytków nie jestem w stanie Wam opisać, zresztą to nie jest blog podróżniczy. Wchodzicie tu po przepisy, a nie na wycieczki. Wklejam kilka ciekawszych zdjęć, by nacieszyć oko i umilić dzień.

  • Bazylika św. Pawła za Murami jest jedną z czterech bazylik papieskich. To spaniałe miejsce, z wizerunkami papieży, złotymi zdobieniami i marmurowymi podłogami. W bazylice znajduje się przepiękny ołtarz. Jest to miejsce pochówki św. Pawła. 

  • Campo de Fiori z pomnikiem Giordana Bruna, który spłonął tu na stosie. O tym placu wspomnę w kolejnym poście.
  • Fontanna di Trevi jest w remoncie i niestety nie było nam dane zobaczyć jej piękna.
  • Rzym starożytny, czyli Koloseum, Panteon, Forum Romanum, Palatyn. Koloseum zrobiło na mnie ogromne wrażenie, to jest coś niesamowitego. Warto zwiedzić w dzień, ale mnie urzekł widok nocą, gdy koloseum jest niesamowicie podświetlone. Spacer po Forum Romanum i Palatynie sprawił, że poczułam się jak w starożytnych czasach. 







  • Piazza Navona - Największy plac Rzymu, na których znajdują się trzy fontanny: Czterech Rzek, Maura i Neptuna. 


  • Piazza del Popolo 

  • Ołtarz Ojczyzny na placu Weneckim - zrobił na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza nocą. Znajduje się tam również grób nieznanego żołnierza i są pełnione warty.

  • Watykan - bardzo imponujący. Zwiedziliśmy bazylikę św. Piotra, gdzie pochowany jest papież Jan Paweł II, który został wyniesiony na ołtarz. W bazylice za pancerną szybą znajduje się Pieta Michała Anioła. Z samego czubka kopuły bazyliki rozpościera się imponujący widok na Rzym. 





Mój synek poczuł w bazylice ogromne zmęczenie:



  • Zamek Świętego Anioła

  • Most Świętego Anioła

  • Kapitol







Pozdrawiam i zapraszam wkrótce na relację kulinarną z tego wydarzenia.






sobota, 20 września 2014

Knedle ze śliwkami

sobota, 20 września 2014

Czarne ślepka ma śliwka węgierka



Kochani wróciłam z malowniczych i cudnych Włoch, choć tak naprawdę najchętniej tak szybko bym jeszcze nie wracała. Zanim jednak podzielę się z wami smakami i kolorami wspaniałych Włoch, zapraszam na knedle, które pojawiły się u mnie na stole jeszcze przed wyjazdem. Boję się, że jak się zacznę rozpisywać o wakacjach, to knedle przestaną być modne i będą musiały przeleżeć do następnego sezonu śliwkowego. Za rok o nich zapomnę, a były naprawdę pyszne i warte spróbowania. Więc szybko zamieszczam ten przepis póki jeszcze śliwki w sklepach, wystarczy mi, że sezon truskawkowy drugi rok z rzędu przespałam. Zresztą muszę dawkować nam emocje, dlatego Rzym next time.

Przed wyjazdem na wakacje całe dwa tygodnie chodziły za mną knedle ze śliwkami. Chodziły i chodziły i pójść sobie nie chciały. Do tego jak na złość nie miałam czasu jechać do mamy, by je skosztować. Chodziłam, marudziłam i wiedziałam, że i tak nikt mi ich nie zrobi... ;( No nic, zadzwoniłam po przepis do mamy i sama zakasałam rękawy. Na początek poszłam do sadu.... tfu sklepu modląc się, by w markecie były śliwki. Gdyby nie było, to bym chyba jęczała całe wakacje. Były! Całe szczęście były! Piękne, ogromne i ciemno fioletowe tylko... nie z Polski. Kurcze jak w kraju, gdzie śliwka tak jak i jabłko jest owocem narodowym można sprzedawać i tak bardzo eksponować na półkach w sklepach zagraniczne śliwuny. Ja rozumiem, że cytryny, pomarańcze, ananasy, ale śliwka? Każdy dziadek na działce ma przynajmniej dwa drzewa śliwek!


Stałam zmieszana, brać, czy nie brać oto jest pytanie? Dylemat ogromny w moim życiu na urlopie macierzyńskim się pojawił. I oto cud! Na najniższej półce i na dodatek z tyłu leżała całkowicie opuszczona polska śliwka. Uśmiech mi wrócił, powiedziałam: ,,Synu będą knedle!". W szale wybrałam największe, wręcz ogromne i piękne śliwki i pobiegałam do domu. Mój syn jak nigdy był tak zmęczony, że spał 3 godziny. Nigdy mu się to nie zdarza, on regeneruje siły w 20 minut. Dziecko to najlepszy akumulator świata, krótko się ładuje, a na długo starcza. Grzeczny synuś dał mamie zrobić caluśki obiad i jeszcze go zjeść. Chyba ten spacer po sadzie... tfu sklepie w poszukiwaniu śliwek tak go spompował. Knedle to naprawdę bardzo prosta robota, a ja z tym moim roztargnieniem znacznie sobie utrudniłam sprawę. Dopiero jak zaczęłam owijać śliweczki w ciasto zrozumiałam jaki błąd w tym sadzie... tfu... sklepie popełniłam. Z całej porcji ciasta wyszło mi 10 ogromnych knedli, wielkich jak jabłka. Ledwo udało mi się owinąć te śliwki. Dzwonię w między czasie do mojego Szanownego męża:
Ja: Lubisz śliwki
M: Lubię
Ja: Będą knedle
M: Super
Knedle naprawdę były super, miałam wspaniałą ucztę, ale mój mąż jednak śliwek nie lubił. Zjadł jednego knedla ze śliwką, a potem wciągnął jeszcze kilka, ale samego ciasta, a śliwki wydłubał ;(
Na ostatni wpis przed serią włoską zapraszam Was ja!
Zatem powiadam Wam idźcie i kupcie jak najmniejsze śliwki i nie grzeszcie więcej!

Składniki:
  • 700 g ziemniaków
  • 200 g mąki
  • 1 jajko
  • szczypta soli
  • cukier w kostkach
  • śliwki
  • cynamon


Biała śmierć w kostkach:



Wykonanie:

1. Ziemniaki obieramy, kroimy i gotujemy w osolonej wodzie.


2. Ziemniaki mielimy. Ja w tym celu wykorzystałam pomoc mojego robota, którego znacie już ze wcześniejszych akcji. Serdecznie polecam posiadanie podobnej maszyny, znacznie ułatwia pracę i skraca czas.


3. Zmielone ziemniaki wkładamy do miski.


4. Wbijamy jajko i dodajemy sól.


5. Dodajemy mąkę.


6. Ciasto wyrabiamy do gładkiej masy.


7. Z ciasta przygotowujemy grupy rulon, który kroimy na grube paski.


8. Śliwki myjemy, kroimy na pół i wyciągamy pestki ze środka.



9. Z ciasta robimy płaskie placki, na środek kładziemy połowę śliwki i kostkę cukru, posypujemy cynamonem.





10. Całość zwijamy w kulkę i formujemy knedla. 




11. Knedle wrzucamy na osolony wrzątek i gotujemy 10 minut po wypłynięciu knedla.





Serduszko dla męża knedlowe:


No to plum!














Gotowanie z miłości © 2014